DUSTIN WATTEN DLA M-VOLLEY: RÓB TO Z PASJĄ ALBO NIE RÓB TEGO WCALE

Dustin Watten, trzydziestoletni reprezentant USA i libero Cerradu Czarnych Radom, w obszernym wywiadzie dla M-volley, opowiada nie tylko o siatkówce, ale także o życiowych doświadczeniach, minimalizmie, języku polskim, życiowej filozofii oraz zdradza, czy nie ma dość rozmów o weganizmie.

Małgorzata Kilijanek, M-volley: “Nie czekam na odpowiedni moment, czerpię najwięcej z każdej chwili” – co to dla ciebie oznacza
Dustin Watten: Odnosi się to do pewnej kwestii, o której lubię myśleć. Na początku mojej siatkarskiej kariery zawsze czekałem na odpowiedni moment, jak na zbawienie. Myślałem, że pewnego dnia stanę się szczęśliwy, zarówno podczas sezonu ligowego, jak i reprezentacyjnego. Czasami po prostu czekałem na niedzielę jako na dzień, w którym mogę się zrelaksować, obejrzeć piłkę nożną. Teraz kiedy myślę o przyszłości wiem, że powinienem być szczęśliwy, jednak mam też świadomość tego, że zbawienia muszę szukać w teraźniejszości. Cokolwiek robisz, powinieneś czerpać z tego radość i poświęcać się temu, mając cel. Powinieneś być najlepszą wersją siebie i kiedy to osiągniesz, być gotowym. W moim przypadku na grę w reprezentacji, czy jak obecnie – w PlusLidze. Zamiast przypuszczać i mieć nadzieję, że zagram w którymś zespole, jestem po prostu na to gotowy. Przez to rozumiem czerpanie jak najwięcej z każdej chwili.

 

Jak ważne jest dla ciebie bycie silnym mentalnie, będąc sportowcem? Uważasz się za jednego z najsilniejszych mentalnie zawodników.
– Myślę, że to wypracowałem. Staram się medytować od pół godziny do godziny dziennie – rano, w południe i wieczorem. Myślę, że to bardzo pomaga mi zrozumieć swój umysł. To ważne by być w stanie spokojnie oddychać i skupić się na tym, co robić, żeby pomóc drużynie zdobyć punkt. Każdego dnia prowadzę zapiski w dzienniku. Kiedy zmierzam na trening, odnotowuję kiedy chcę ćwiczyć, w jaki sposób, a po treningu staram się myśleć pozytywnie o trzech elementach, które nie poszły mi najlepiej. Siatkówka to zbyt często podążanie za perfekcją, a to przecież nieperfekcyjny sport. Zawodnicy zawsze chcą zagrać idealnie i kiedy skupiają się na tym za bardzo, mogą się całkowicie pogubić we własnych myślach. Nie są wtedy w stanie wykorzystać w pełni swoich zdolności, grają na 80-90 procent. Bardzo popularne w Ameryce, szczególnie w naszej reprezentacji, jest myślenie jedynie o kolejnym punkcie. Nie możemy się pogubić w tym co się dzieje na boisku, musimy być skupieni na teraźniejszości i punkcie, o który walczymy.

 

Zeszły sezon był dla ciebie wyjątkowo trudny, ze względu na sytuację w klubie Maxéville Nancy, niezbyt wysoką pozycję i fakt, że innym zawodnikom nie zależało na wynikach. Czy był to najcięższy okres w całej twojej siatkarskiej karierze?
– Tak, myślę, że każdy dzień był naprawdę trudny. Dotarłem do punktu, w którym z jednej strony chciałem być z drużyną, ale z drugiej niemożliwym było dla mnie odnalezienie się w takim położeniu. Nie było radości, nie mogłem czerpać jej z treningów i traciłem swoją pasję. Pojawiło się też oskarżanie wszystkich wokół, uważałem, że to wszystko jest niesprawiedliwe. Szukałem usprawiedliwienia w otoczeniu i w końcu znalazłem się na dnie. Właściwie nie chciałem się martwić o rzeczy, które są ode mnie niezależne i starałem się zacząć kontrolować sen, dietę, skupić się na oglądaniu zagrań moich i innych drużyn oraz cały dzień pracować. Wiedziałem, że robię wszystko co mogę, by być najlepszym graczem i najszczęśliwszą osobą, jaką mógłbym być. Nawet jeśli było ciężko, nie zmieniłbym tej sytuacji. Zrozumiałem, że w zespole nie mam zbyt wielu przyjaciół. Drużyna miała kłopoty, treningi były męczące i trudno było o przyjemność z gry w siatkówkę.

 

Jednak było to przydatne doświadczenie.
– Myślę, że dzięki niemu dojrzałem. W ogóle nie wygrywaliśmy i pojawiło się sporo momentów, w których nie mogłem czerpać radości ze swojej pasji, ale zmieniło się to w momencie, w którym odbiłem się od dna. Wtedy powróciły mi siły, kontrola nad wszystkim i przestałem zgrywać ofiarę. Bo nawet jeśli wiedziałem, że jestem zorganizowany najlepiej jak mogę, to wciąż byłem ofiarą rzeczy, na które nie miałem wpływu. Odzyskałem jednak kontrolę nad tym co trzeba i byłem w stanie zakończyć sezon będąc silnym i uśmiechniętym, czego nie uważam za łatwe w takiej sytuacji.

 

Jesteś bardzo doświadczonym libero. Grałeś w Finlandii, Brazylii i Francji. Każda liga nauczyła cię czegoś innego, brazylijska na przykład grania pod presją, francuska – lepszej komunikacji w zespole (Accajo). Jeżeli mógłbyś coś zmienić w swoich wyborach z przeszłości, to dokonałbyś tego? Może zmieniłbyś kolejność gry w poszczególnych ligach?
– Ciężko powiedzieć, ponieważ w każdej lidze nauczyłem się czegoś innego. Nie wiem czy bym coś zmienił, to trudne pytanie.

 

Niczego w takim razie nie żałujesz?
– Lubię w pełni angażować się w każdy dzień, w bycie częścią każdego zespołu. Myślę, że obrałem dobrą drogę. Może czasem nie byłem tak pewny siebie jak bym chciał, ale wszystkie takie sytuacje czegoś mnie nauczyły i to dzięki nim mogłem dojrzeć.

 

Teraz grasz w Polsce i jesteś w drużynie z Davidem Smithem. Czy uważasz, że zagraniczni gracze zazwyczaj trzymają się częściej w swoim towarzystwie niż z innymi? Są w końcu w podobnej sytuacji, daleko od domu. Jak to wygląda w Radomiu?
– Sądzę, że zależy to bardziej od miejscowych zawodników, ponieważ wydaje mi się, że zagraniczni gracze chcieliby przynależeć do ich społeczności, jednak czasem jest trudno samemu się do nich zwrócić.

 

Może chodzi też o barierę językową…
– Możliwe, choć w Radomiu mamy naprawdę wspaniałego kapitana, Wojtka Żalińskiego, który od samego początku jest bardzo pomocny i sprawia, że w Radomiu czuję się jak w domu, a zespół traktuję jak rodzinę. Myślę, że jest to jeden z najlepszych zespołów jaki mogłem mieć, z tymi zawodnikami, którzy mi w nim towarzyszą. Każdy przychodzi do pracy, nie narzeka, ciężko pracuje, a po treningu śmieje się i żartuje. Świetnie dogaduję się z osobowościami w drużynie, lubię ich poczucie humoru, to wyjątkowe. Kiedy rozmawiam z kolegami z reprezentacji, dowiaduję się, że to bardzo rzadkie by iść na trening i wracać z niego z uśmiechem. Dla mnie to normalne w Radomiu, za co jestem bardzo wdzięczny. Zwykle gra za granicą wymaga sporych poświęceń. Naprawdę doceniam to, że mogę pracować z tymi chłopakami i konkurować z nimi na boisku. Mam wielkie szczęście, mając takich kolegów w drużynie.

 

Jesteś zadowolony z decyzji o grze w Cerradzie Czarnych Radom. Jaka jest twoja opinia o PlusLidze po połowie sezonu?
– Wciąż jestem jej ciekawy, bo o samej lidze zbyt wiele nie wiedziałem i cały czas się uczę, każdy tydzień jest bardzo fajny. Widziałem wybuchowych graczy, grających w bardzo szybkim tempie. Każda drużyna to wyzwanie, ponieważ nawet jeśli nie gromadzi najlepszych zawodników, to nie brakuje w niej tych doświadczonych. Nie ma łatwych meczów, trzeba przygotowywać się cały tydzień, a stawiając nogę na parkiecie i tak nie wiadomo kto wygra. Oczywiście z drużynami z czołówki trochę łatwiej zgadnąć (śmiech). Świetnie jest móc grać co tydzień przeciwko zawodnikom światowej klasy, bo nawet jeśli nie zagra się dobrze to zawsze można czegoś się od nich nauczyć i ponownie ocenić, co udoskonalić na treningu. Wiele nauczyły mnie mecze z Asseco Resovią i PGE Skrą.

 

Zwiedzałeś może miasto, w którym grasz? Będąc daleko od domu i mieszkając samemu, można łatwo utknąć w mieszkaniu.
– Kiedyś szczególnie lubiłem gdzieś wychodzić, ale teraz o wiele bardziej cenię sen i wstawanie z dobrym samopoczuciem. Trenujemy trzy razy dziennie, a po treningach nadal pracuję, medytując, oglądając mecze mojego zespołu lub innych drużyn, rozciągając się, czytając czy robiąc inne rzeczy, utrzymujące w dobrej kondycji moje ciało i umysł. Nie mam przez to zbyt wiele wolnego czasu. Na początku pobytu w Radomiu starałem się wybierać do parku, kiedy było słonecznie. Lubię odwiedzać kawiarnię, kiedy jestem poza mieszkaniem, wypić kawę i poczytać. Im jestem starszy, tym bardziej zauważam jak cenny jest czas i naprawdę chciałbym korzystać z niego w odpowiednim celu, czy będzie nim siatkówka, przygotowanie się do treningu, meczu, czy nauka czegoś nowego, co mnie interesuje, albo czytanie. W ciągu dnia staram się wychodzić z domu, ale jeśli w nim zostaję to nie jest tak, że oglądam telewizję, jem i śpię…

 

Tylko się rozwijasz.
– Staram się. Myślę, że jedną z największych zalet gry za granicą, wykluczając wyczerpujące treningi, jest dużo czasu, który mogę spędzić na nauce tego, co mi się podoba. Staram się rozwijać, by być lepszą, zdrowszą i silniejszą osobą.

 

Jakie jest twoje najlepsze wspomnienie z Polski z obecnego sezonu?
– Trenowanie z chłopakami, pierwszy mecz i jego końcowy moment, kiedy zostaliśmy otoczeni przez fanów i każdy z kolegów z drużyny był szczęśliwy, uśmiechnięty i tańczący. To było wspaniałe – zobaczyć moich przyjaciół uśmiechniętych, roześmianych i widzieć, że dobrze się bawią. To niesamowite i mam nadzieję, że łatwo się udziela.

 

Czuję się naprawdę szczęśliwcem będąc w kraju, w którym moja pasja jest pasją większości obywateli.

 

Co z fanami, o których wspomniałeś? W jednym wywiadzie powiedziałeś, że są dla ciebie bardzo ważni i dlatego zawsze zostajesz z nimi po meczach. Jak podoba ci się atmosfera na plusligowych trybunach?
– Jest fantastyczna. Tak jak wcześniej wspomniałem, czuję się naprawdę szczęśliwcem będąc w kraju, w którym moja pasja jest pasją większości obywateli. Cieszę się, że mogę się tym dzielić i kiedy gram, staram się robić wszystko z uśmiechem. Czuję się szczęśliwy, że coś, co robię dla siebie – bo to kocham, a nie z powodu pieniędzy czy czegokolwiek innego – inni ludzie także uwielbiają. Staram się być otwarty i dzielić się moimi doświadczeniami, choćby w mediach społecznościowych, szczególnie z młodszymi graczami. Czasami nie wiedzą, gdzie zacząć realizować swoją pasję, a to coś, czego sam doświadczyłem, więc moja przygoda może być dla nich pomocna.

 

Zostając w temacie fanów i mediów społecznościowych, pisałeś kiedyś na swoim Instagramie o wiadomościach i pytaniach od fanów, dotyczących radzenia sobie z niepowodzeniami, rozczarowaniem albo prośbach o radę. Twoi rodzice są nauczycielami, czy możemy uznać, że ty również jesteś nauczycielem młodych ludzi? Kontynuującym rodzinną tradycję?
– Tak, myślę, że to moja natura. Moi dziadkowie także byli nauczycielami, a sam czerpię ogromną przyjemność z dostrzegania jak inni są szczęśliwi. Czasami może być to jednak przytłaczające, kiedy zerkam w Instagram i widzę te wszystkie wiadomości, ale staram się postawić w sytuacji piszących i myślę wtedy: jeżeli byłbym w tym wieku i ktoś mi odpisał, pomógł, to czułbym się bardzo dobrze. Dlatego poświęcam dodatkowy czas, aby odpisać, bo zauważam, że wielu ludzi ma wielkie pasje, ale nie jest w stanie ich realizować.

 

Jesteś dla nich wzorem do naśladowania.
– Jeśli jestem dla kogoś wzorem do naśladowania, to chcę z tego skorzystać i mu pomóc. Tak jak moich rodziców, cieszy mnie możliwość uszczęśliwienia innych, szczególnie jeżeli przejawiają radość wynikającą z realizowania swoich zainteresowań.

 

Masz świetny kontakt ze swoimi fanami przez media społecznościowe. Za jak ważną uważasz dziś tę drogę kontaktu?
– Kiedy po raz pierwszy starałem się opublikować swój film, było to dość trudne, dotrzeć do innych poza Finlandią. Nie wiedziałem co robić, bo grałem wtedy mój pierwszy sezon za granicą i nie miałem zbyt dużego pola manewru. Próbowałem różnych sposobów na pokazanie mojego nazwiska, poprzez filmy. Sporo ludzi mówiło mi potem: naprawdę lubimy cię obserwować! W następnym roku starałem się publikować więcej i to było bardzo dziwne, kiedy zauważyłem, że ludzie się mną interesują. Nawet nie uważałem się za profesjonalnego sportowca, ale postrzegałem się po prostu jako osobę, która kocha to, co robi i miała na tyle szczęścia, by móc robić to na profesjonalnym poziomie. To dodatkowa korzyść, doceniam wszystkich fanów i kiedy tylko mam czas, odpisuję im, mając nadzieję, że w czymś pomogę. Nie czuję się profesjonalnym sportowcem, tylko normalną osobą…

 

 Jesteś wyjątkowo skromny…
– Nie wiem. Czuję, że jestem dziś tu, gdzie jestem dzięki wspaniałym rodzicom, świetnym kolegom z drużyn i wspaniałym trenerom. Jestem bardzo szczęśliwy i mam świadomość tego, że nie każdy miał tyle szczęścia, więc staram się pomagać innym, co daje mi radość.

 

Na swoim Snapchacie pokazujesz jak przyrządzić różne posiłki. Każdy pyta cię o bycie weganinem, więc jeśli zapytałabym o to samo, nie byłabym oryginalna. Czy nie jesteś już tym zmęczony? Nie myślisz czasem o tym, żeby napisać jeden post i powiedzieć: macie wszystko tutaj, nie pytajcie mnie w kółko o to samo?
– (śmiech) Nie… Kiedy zacząłem być weganinem to próbowałem odkryć swoje różne granice. Tak jak w czasie dnia rozwijam się w różnym dziedzinach, które uważam za pomocne w siatkarskiej karierze. Czy to rozciąganie, oglądanie swojej gry lub zagrań przeciwników, bo wierzę, że pozwoli mi to na bycie silniejszą osobą i sportowcem. Kiedy przeszedłem na dietę wegańską, początkowo myślałem identycznie, że da mi to więcej energii i zapewni lepszą regenerację, ale po dwóch latach uświadomiłem sobie istnienie etycznego aspektu weganizmu. To było nagłe zdanie sobie sprawy, że to naprawdę źle krzywdzić zwierzęta. Kiedykolwiek temat weganizmu się pojawia, uważam to za wspaniałą okazję do dzielenia się tym, od czego sam zacząłem i współczuciem, z którym staram się żyć. To dobra okazja żeby wyciągnąć przyjacielską, lecz nie silną dłoń w stronę innych ludzi, którzy być może mają głęboko wewnątrz to samo przekonanie, że nie jest właściwym czynienie zwierząt niewolnikami i zabijanie ich. Mogę być głosem nie tylko wegańskiej społeczności, ale także wegańskiej społeczności sportowców. Jeśli ktoś unika tego tematu, do niczego nie zmuszam, nie chcę działać siłą, ale mogę po prostu podnieść w górę rękę i powiedzieć: hej, jestem na tej diecie, wciąż mam siły, wszystko u mnie w porządku (śmiech).

 

Zacząłeś być weganinem po przeczytaniu książki “Ukryta siła”, a teraz zachęcasz innych do wyboru tej samej drogi.
– Myślę, że najlepszy sposób to łagodne poprowadzenie ludzi w kierunku informacji i pozwolenie im na samodzielne ich odkrywanie.

 

Czy ciężko ich do tego przekonać?
– To jest rzecz, do której właśnie nie staram się przekonywać, bo kiedykolwiek zwrócisz komuś uwagę, że postępuje nieprawidłowo, to zawsze zareaguje w sposób defensywny, o ile nie agresywny. Zanim wykluczyłem produkty zwierzęce z diety, jadłem mięso cały czas ze względu na tłuszcz i białko, by być silnym sportowcem. Jakby ktoś mi wtedy zasugerował: ”powinieneś przejść na weganizm, to ci pomoże”, to nawet jeśli miło by to brzmiało, odpowiedziałbym: ”nie znasz mnie, nie wypowiadaj się”. Nie byłbym uprzejmy, ale obrał postawę defensywną. Dlatego staram się sugerować to, co zadziałało w moim przypadku, polecać lektury i przez Snapchat udowadniać, że wegańskie posiłki mogą dobrze wyglądać.

 

Twoje z pewnością prezentują się dobrze.
– Pokazuję to zgodnie z zasadą małych kroków. Ludzie pytają mnie: jak mam zacząć? Daję im w ten sposób swego rodzaju przewodnik i dzielę się sugestią, którą zawsze powtarzam: zacznij swój dzień od zielonego smoothie i zobacz, jak się poczujesz.

 

A potem oni przysyłają ci zdjęcia swoich smoothie… (śmiech)
– Tak (śmiech). W zeszłym roku zgodziłem się na pomysł przyjaciela, żeby zorganizować “dzień z życia na Snapchacie” i oczywiście pokazałem wtedy moim obserwatorom sporo smoothie. To było szaleństwo, bo po tygodniu ludzie zaczęli wysyłać mi zdjęcia swoich koktajli i pisali: popatrz, co zrobiłem, to świetnie smakuje i czuję się po tym świetnie. Wtedy miałem możliwość zobaczenia, jaką siłę mają media społecznościowe i jak mogę dotrzeć do ludzi, by im w jakiś sposób pomóc. Tak jak powiedziałem, nie chcę robić tego za pomocą siły, twierdząc „ja mam rację, a ty nie”, ale czymś co wychodzi ze mnie naturalnie: może chcesz spróbować, może też to polubisz. Jeśli nie, w porządku.

 

Dla części ludzi niewyobrażalnym jest wykluczenie mięsa z diety, ale łatwo znaleźć masę przepisów na wegańskie dania. Jakie jest twoje ulubione?
– Ciężko powiedzieć. Może jeśli miałbym wybrać z czegoś, co sam przygotowuję, byłby to nice-cream, który przyrządzam z mrożonych bananów i innych mrożonych owoców. Wrzucam je do blendera, dodaję kilka daktyli, trochę mleka migdałowego i miksuję wszystko na papkę, która przypomina konsystencją lody. Później, jeśli mam ochotę nadać temu trochę inny smak, mogę położyć na wierzchu różne składniki, takie jak płatki owsiane, nasiona chia, płatki kokosowe czy siemię konopne. To smaczne, smakuje jak lody owocowe, ale nie zawiera tłuszczu zwierzęcego, który mógłby obciążać. Dla mnie to perfekcyjne danie po porannym treningu, zamiast drzemki jem mrożone owoce jako lody i czuję się dobrze. Dzięki temu mam energię i jestem w stanie kontynuować całodzienną pracę.

 

To prawda, że masz blender, z którym wszędzie podróżujesz?
 – Tak (śmiech).

 

Wspaniale mieć możliwość przygotowywania czegokolwiek zechcesz i co będzie dobre dla twojego zdrowia.
– Dokładnie tak. Naprawdę staram się być pewnym, że dbam o swoje ciało, ponieważ to jest jedno ciało, które mam na zawsze i nie da się go niczym zastąpić. Jeżeli wydaję pieniądze, to wydaję je na odżywianie, bo tak długo jak tylko będę mógł, chcę być najzdrowszym jak to tylko możliwe. Nie ma znaczenia co robię czy gram w siatkówkę, czy mam inną pracę, chcę zawsze być zdrowym i szczęśliwym. Jeśli mam odpowiednie podstawy dla zdrowia i szczęścia, mogę dawać z siebie więcej.

 

Jak dobrym jesteś kucharzem? W końcu musisz przygotowywać swoje posiłki.
– Wciąż nie jestem niesamowitym kucharzem (śmiech). Mógłbym stwierdzić, że przeciętnym, bo przygotowuję dla siebie proste posiłki. Gotuję nocą, kiedy wypełnię już wszystkie obowiązki. Wrzucam do garnka jakiś rodzaj zbóż, ryżu lub komosy ryżowej, fasolę, bulion, ziemniaki i inne warzywa. Bardzo mi to smakuje, bo zawsze przy każdym kęsie ma inny smak i konsystencję. Wciąż jednak muszę ćwiczyć. Nie gotuję dla nikogo innego, poza sobą, więc staram się gotować jak najprościej się da, używając wielu warzyw, nasion zbóż i soczewicy.

Jedną z zalet bycia weganinem jest niejedzenie fast-foodów. W Ameryce to bardzo popularne, to niby stereotyp, ale prawdziwy. W Kalifornii ludzie zawsze jedzą na mieście, przemieszczając się z jednego miejsca do drugiego, nigdy nie spędzając pory obiadowej w domu. Jeżeli musisz gdzieś jeść, wybierasz McDonald’s, Burger King’a, lub coś tego typu. Kiedy jeszcze nie byłem weganinem, miałem świadomość, że to niezbyt zdrowe, ale wciąż dwa czy trzy razy w tygodniu jadłem fast-foody. Teraz nie mógłbym, bo te potrawy nie są zgodne z moją dietą. Jedyne co mógłbym jeść, to frytki. Kiedy jadasz dwa lub trzy razy tygodniowo w takich miejscach, a potem przestajesz, to można obliczyć, że nie pojawiasz się tam czternaście razy w miesiącu i odnosząc to do przestrzeni roku, to aż sto pięćdziesiąt razy mniej jedzenia fast-foodów! Dziś, na ile to możliwe, jem rzeczy dobrego pochodzenia. Czuję się oczyszczony, zarówno jeśli chodzi o ciało, jak i umysł.

 

Muszę jeszcze powrócić do twojej komunikacji z fanami, gdyż raz powiedziałeś, że spędzając czas w kawiarni, praktykujesz język polski. Znajdujemy się właśnie we wspomnianej kawiarni, Puszczyku, więc może powiesz mi coś więcej o tych ćwiczeniach lub zaprezentujesz, co już dzięki nim umiesz?
 – (śmiech) Mogę powiedzieć: smacznego, miło cię poznać… I to co mówię do kolegów z zespołu, szczególnie do Bartka (Bołądzia), czyli: masz piękne oczy (śmiech).

 

To dobry tekst nie tylko dla kolegów z zespołu… (śmiech)
– O tak… (śmiech) Co jeszcze? Kocham was.

 

Dobrze, ale możemy uznać je za podstawowe frazy. Czy nadal uczysz się czegoś więcej?
– Chcę i czuję potrzebę uczenia się więcej, ponieważ jestem gościem w tym kraju i to na mojej głowie powinna być komunikacja z innymi nie tylko po angielsku…

 

Ale polski to trudny język…
– Dokładnie. Na pewno chcę go opanować, ale myślę, że mogę co najmniej konsekwentnie nad nim pracować, by okazać ludziom jak bardzo doceniam ich gościnność, robiąc wszystko co w mojej mocy.

 

Twoja historia mogłaby nosić nazwę “od bycia weganinem do zostania minimalistą”. Jak wygląda bycie minimalistą?
– Bardzo to lubię. Mój dom był zawsze zagracony wszystkim związanym z siatkówką: zdjęciami, koszulkami, medalami. Chciałem się zawsze tego pozbyć, ale moja mama mówiła: nie, zatrzymaj to. Towarzyszył mi jednak głos, który twierdził, że to wszystko zagraca nie tylko przestrzeń w mieszkaniu, ale także umysł, więc przez wszystkie lata gry w siatkówkę o wiele lepiej czułem się, kiedy towarzyszył mi porządek. Odczuwam wtedy jasność umysłu. Czuję, że mam wszystko pod kontrolą, kiedy idę na trening czy mecz i wszystko jest uporządkowane. Próbuję mieszać te elementy – żeby było jak najprościej i jak najczyściej. Lubię taki styl życia i ciągle się o nim uczę. Myślę, że dochodzę do punktu, w którym moja szafa zawiera tylko kolory: biały, szary i czarny.

 

Czy minimalizm to według ciebie filozofia życia?
– Uważam, że jego istotą jest utrzymywanie umysłu w wyciszeniu, jak najbardziej się da, zamiast krążenia wokół rzeczy, które ciągle nas zamartwiają. Zamiast posiadania celu życia, do którego dąży się jak z punktu A do punktu B oraz niewiedzy czego się chce, a czego nie chce. Cały czas się uczę, wciąż jestem na etapie podstawowym, ale mnie to interesuje. W ciągu ostatnich trzech lat zacząłem być weganinem, w zeszłym roku dużo czytałem o stoicyzmie, teraz przyszła kolej na minimalizm. Ciągle staram się kłaść nacisk na te aspekty życia, uważając je za rodzaj życiowej filozofii.

 

Jak zacząć bycie minimalistą? Możesz podzielić się jakimiś radami, wskazówkami?
– Wydaje mi się, że wciąż jestem bardzo początkujący. Myślę jednak, że dużo się mówi o wartości przedmiotów w naszym życiu. Istnieje pewne trzydziestodniowe wyzwanie, które polega na pozbywaniu się każdego dnia rzeczy niewiele wnoszących w nasze życie. Pierwszego dnia pozbywasz się jednej, drugiego dwóch, więc po pięciu dniach masz już trochę mniej przedmiotów niemających prawdziwej wartości. Dla przykładu: mam wspaniałą sportową koszulkę, nowszą od poprzedniej, ale czy ona ma większe znaczenie dla mojego życia? Nie wydaje mi się. Sądzę, że dobrze pozbywać się bezwartościowych rzeczy. Każdy powinien zastanowić się nad tym, jaką wartość ma dla niego to, co posiada. Czymkolwiek by ta wartość była.

 

Można wnioskować w takim razie, że mała liczba posiadanych rzeczy odgrywa ważną role w minimalizmie.
– Tak. Zawsze miałem nieco dziwne przemyślenia, niezgodne z tym do czego jest się zobowiązanym w Ameryce, czyli pójściem do college’u, znalezieniem pracy, kupnem domu, założeniem rodziny. Jedną z rzeczy, która jest naprawdę szalona i o której zawsze myślę, jest wyjazd do Azji i nauka medytacji w górach, w klasztorze mnichów oraz ciężka praca nad rozwojem umysłu. Albo wyjazd w miejsce odcięte od świata, poza zasięgiem, bycie na łonie natury.

 

Możesz to chyba zrobić po zakończeniu siatkarskiej kariery…
– Tak, chociaż to będzie zależało od tego czy będę w związku, czy nie. Zdecydowanie chciałbym się gdzieś wybrać, może do kraju trzeciego świata, by zostać wolontariuszem.

 

Na przykład w Afryce?
– W Afryce bądź Azji. Chciałbym być w miejscu, w którym nie będzie chodziło o mnie. Jestem teraz sportowcem i to przynosi mi satysfakcję, choć muszę być z daleka od rodziny i przyjaciół, co jest pewnym poświęceniem. Bycie w związku jest w tym przypadku także utrudnione. Po zakończeniu kariery, chcę dać z siebie coś więcej. Na świecie jest bardzo wielu ludzi, którzy mieli mniej szczęścia ode mnie i poświęcenie im mojego czasu oraz energii może mieć znaczenie dla ich życia. Nie zarabiam ogromnych kwot, ale jestem w stanie trochę zaoszczędzić, by móc zostać wolontariuszem. To coś, co również chciałbym robić. Wyjechać w jakieś miejsce, bez ekwipunku oraz ofiarować mój czas i energię, by uczynić czyjeś życie lub życie jakiejś społeczności lepszym.

 

Czy to twoje marzenie albo cel życiowy?
– Nie potrafię określić, czy to marzenie, czy cel. To zależy od tego jak mój związek będzie wyglądał po zakończeniu sportowej kariery. Czy będę miał dziewczynę, narzeczoną czy żonę. Myślę, że będąc singlem, chciałbym udać się do miejsca odciętego o świata i doświadczyć innego życia, niosąc pomoc.

 

Jaki jest w takim razie obecnie twój cel w siatkarskiej karierze?
– Ciężko powiedzieć, bo tak naprawdę nigdy nie miałem jakiegoś dużego celu. Nawet jak byłem w college’u to nigdy nie pomyślałem o możliwości gry w reprezentacji, dopóki trener mnie o niej nie poinformował. Zawsze wyznaczałem sobie małe cele, czy to w lidze francuskiej, czy obecnie w PlusLidze. W reprezentacji moim celem nigdy nie było bycie w składzie na Igrzyska Olimpijskie, ale pomoc drużynie w zdobyciu złota. Chcę być najlepszą wersją siebie i pomóc zespołowi jak tylko się da, nieważne jaką rolę pełniąc. Kiedy zaczynałem w drugim składzie, nie grałem, nie ćwiczyłem, po prostu miałem miejsce przy parkiecie, ale chciałem pomóc chłopakom na boisku. Przez pozytywne reakcje, energię i potem wspólne treningi. W drużynie nigdy nie chodzi o jednostkę, ale o to, żeby był najlepszą wersją siebie, by oddziaływać jak najlepiej na zespół. Nigdy nie skupiałem się na byciu gwiazdą, ale na tym, by mieć znaczenie dla drużyny.

 

Rozmawiałam z Paulem Lotmanem, kiedy grał w Rzeszowie, ale nie w pierwszym składzie, i zapytałam o tę sytuację. Odpowiedział, że najważniejsze to nie koncentrowanie się na sobie, ale na zespole, a on chce pomagać chłopakom nawet z kwadratu, kibicując im. Możemy uznać, że taka jest właśnie amerykańska mentalność?
– I tak, i nie. Myślę, że jesteśmy z Paulem bardzo podobni, ponieważ chodziliśmy do tego samego college’u (California State University, Long Beach – przyp. red.) i oboje nie należeliśmy do silnych graczy. Zwykle, kiedy grający w college’u są dobrymi zawodnikami, dostają od szkoły dofinansowanie. Byliśmy dobrzy, ale nie wybitni. Sądzę, że duże znaczenie miało to jak skromny był nasz początek i fakt, że w Long Beach State kładziono nacisk na zespołowość. Będąc na ławce pomagasz zamiast narzekać, robisz wszystko dla swojego zespołu. Prawdopodobnie mamy z Paulem najbardziej podobne cechy charakteru spośród reprezentantów USA. Liczy się dla nas konkurencja, ciężka praca i zwycięstwo, ale najwięcej chcemy dać z siebie drużynie. Ogólnie jest tak, że czasem zawodnicy niebędący w miejscu, którego by oczekiwali, chcą je wywalczyć, dyskutują z trenerem albo krzyżują ręce na piersi. A chodzi o to, żeby akceptować swoją rolę. Jeśli nie jesteś szczęśliwy z tego, gdzie jesteś, to ciężko pracuj, ale dawaj z siebie wszystko co możesz zespołowi. Dobre słowo, motywację. Ważne jest, by robić to szczerze i być najlepszym kolegą z zespołu, jakim się da. Większość reprezentantów Stanów Zjednoczonych również gra w sezonie za granicą. David Lee, Scott Touzinsky… Myślę, że Touzinsky to znaczący charakter naszej kadry, akceptujący swoją pozycję. Może nie rozgrywa wielu setów, ale wykonuje swoją robotę najlepiej jak potrafi, czy to przyjmując, czy to motywując innych i wpływając na ich dużą pewność siebie.

 

Słuchając o waszej reprezentacji, da się wyciągnąć wniosek, że każdy sobie wzajemnie pomaga. Wspomniałeś o niektórych kolegach, a wydaje mi się, że najpopularniejszym w Polsce reprezentantem Stanów Zjednoczonych jest Matt Anderson.
– Nie sądzę, żeby ludzie naprawdę wiedzieli jak skromnym i pracowitym człowiekiem jest Matt. Nawet jeśli gra obecnie na tak wysokim poziomie, to nadal jest tym gościem, który jako ostatni opuszcza pokój ważenia. Jeżeli na boisku jest jakiś młody zawodnik, to Matt jest w stanie podejść i mu pomóc. Myślę, że nie wyraża głośno swoich opinii, ale jest cichym liderem, mającym ogromny wpływ na kulturę w hali, co pomaga innym w ich pracy. To wręcz niemożliwe, by znaleźć w drużynie narodowej kogoś kto uważa się za ważniejszego niż zespół. Matt wykonuje dobrą robotę, będąc najlepszym zawodnikiem w kadrze, swoją skromnością i ciężką pracą.

 

Wracając do tematu PlusLigi, mógłbyś powiedzieć mi coś więcej o wyglądzie twojego dnia w czasie sezonu? Wspominałeś o medytacji, ale nie o planowaniu, a to chyba dla ciebie ważny element…
– Tak. Mój zwykły dzień wygląda następująco: wstaję, robię sobie herbatę, medytuję, przygotowuję smoothie. Następnie piję kawę, niedawno nabyłem French Press, więc jestem tym podekscytowany. Zwykle piję kawę z cynamonem i jem jedną z przygotowanych wcześniej i zamrożonych wegańskich przekąsek. Idę na trening, po którym się rozciągam i wracam do domu. Wszyscy ludzie grają tutaj w fantasy menedżera PlusLigi, a ja gram w fantasy menadżera amerykańskiego footballu, zerkam w wiadomości. Następnie przygotowuję lunch, na przykład lody i mogę obejrzeć swoją grę sprzed tygodnia lub poprzedni mecz przeciwników, zwracając szczególną uwagę na serwis. Albo poczytać, pomedytować, może iść na kawę do Puszczyka (radomska kawiarnia, w której odbyła się rozmowa – przyp. red.). Zazwyczaj przychodzę na trening wcześniej, wychodzę z niego później, by zrobić dodatkowe powtórzenie elementów, które chciałbym poprawić. Wracam do domu, piszę dziennik, jak wcześniej wspomniałem i zastanawiam się jakie trzy rzeczy zrobiłem dobrze, a nad czym muszę jeszcze popracować. Próbuję także znaleźć jakieś rozwiązania dla pewnych kwestii, na przykład, jeśli uważam, że dobrze przyjmowałem to staram się myśleć: „Czemu nie przyjmowałem lepiej? Może mogę jakoś to udoskonalić”. Wieczorem oglądam na YouTube filmy o minimalizmie albo jakiś program telewizyjny, po czym chcę się wyciszyć, parzę nasenną herbatę, rozciągam się i medytuję.

 

Powiedziałeś o Fantasy Menedżerze PlusLigi… Jakie to uczucie, kiedy ktoś pisze do ciebie: “Dustin, wykonałeś dobrą robotę, pomogłeś mi zdobyć punkty”?
– To naprawdę zabawne (śmiech). To takie polskie! Wciąż uczę się tego jak popularna jest w Polsce siatkówka. W Ameryce fantasy sport jest niesamowity, każdy w to gra, ale wybuchłem śmiechem, kiedy zrozumiałem jak wygląda to tutaj. Ludzie przysyłali mi zdjęcia, a ja reagowałem z zdziwieniem „co to jest? Nie rozumiem”. Po odkryciu, że jestem jednym z zawodników „Wygraj PlusLigę”, nie mogłem tego pojąć. Mimo tego, uważam to za coś świetnego, bo mogę mówić, że moja pasja jest pasją innych ludzi.

 

Jeżeli chodzi o muzykę, wybierasz raczej dźwięki kojące i melancholijne czy bardziej motywujące, energetyczne? Może to oczywiście zależeć od sytuacji, jedne utwory są dobre na trening, inne relaksują…
– Dużo Zenka… (śmiech). Tak na poważnie to lubię muzykę, jaka gra w zespole. Nasz DJ, Bartek (Bołądź – przyp. red.) naprawdę lubi różne rodzaje disco polo. Czyli Zenek pasuje, prawda?

 

(śmiech) Prawda.
– Więc bardzo Zenka lubię (śmiech). To, co cenię w naszej drużynie, to fakt, że wszyscy przychodzą do pracy, ciężko trenują, nie narzekają, ale zawsze w szatni śmieją się i uśmiechają. Dla obcokrajowca to bardzo miłe, bo jesteśmy bardzo daleko od tego, co czyni nas radosnymi. Wspaniale jest móc wejść do szatni i widzieć wszystkich uśmiechniętych, roześmianych. To naprawdę sprawia, że czuję się tu jak w domu oraz stanowi przyjemny balans do stresu, który jednak wiąże się z siatkówką.

 

Mówisz o drużynie. Jakie wyrzeczenia są nieodłączne od profesjonalnej gry w siatkówkę? Poza tym, że jesteś daleko od domu i rodziny, co jeszcze może być tego minusem?
Sądzę, że najważniejsze to skupiać się na zaletach siatkówki, bo kiedy myślisz o jej wadach to spada na ciebie spory ciężar. Tak jak wcześniej wspomniałem bycie z dala od rodziny, ale też przegapianie imprez urodzinowych. Nie byłem także na bardzo wielu weselach moich przyjaciół i nie chcę narzekać, ale w tym momencie w Kalifornii jest 30 stopni, a moi przyjaciele siedzą na plaży (śmiech). Brakuje mi spotkań ze znajomymi, mojego miasta, różnych ulubionych restauracji, związku. Jak możesz zauważyć, amerykańscy siatkarze albo poślubiają dziewczynę poznaną w college’u, albo zostają singlami, bo ciężko jest utrzymać związek na odległość. Posiadanie normalnego związku jest prawie niemożliwe i nawet jeśli ma się żonę, narzeczoną bądź dziewczynę, to bardzo się one poświęcają. Ciężko odnaleźć w tym równowagę. Mam na myśli też to, że sporo zawodników kończy karierę, bo jest to dla nich zbyt dużym poświęceniem. Wielu Amerykanów tak zrobiło, mimo że byli świetni. Nawet jeśli kochają siatkówkę, podróż do Europy to dla nich za dużo. Uważam, iż ważną rzeczą jest odnajdywanie celu każdego dnia, bo nie ważne w jakiej drużynie się będzie, zawsze pojawią się problemy. Gdy grasz w zespole, który nie wygrywa – to jest problem, kiedy jesteś w tym ze środka tabeli, jeśli przegrasz będzie to samo. Nawet jak grasz w Resovii, to możesz przegrać z jakimś zespołem niżej klasyfikowanym i też nie jest dobrze. Nie można warunkować szczęścia siatkówką, bo zawsze może przyjść cięższy czas, kiedy ta dyscyplina przynosi więcej smutku niż radości. Poszukiwany cel na każdy dzień to dla mnie rozciąganie, oglądanie nagrań meczowych, staranie się o bycie najlepszym poprzez rozwijanie pasji, takich jak weganizm, minimalizm i medytowanie. Wytwarzam szczęście w sobie zamiast uzależniania go od rzeczy, których nie jestem w stanie kontrolować, jak zwycięstwa, porażki czy to, że trener jest ze mnie zadowolony. To właśnie doceniam grając za granicą – posiadanie wystarczającej ilości czasu na rozwój wewnętrzny.

 

Podsumowując ten wątek: czy pasja powinna być powodem, dla którego żyjemy?
– Pasja i określanie celu, a także możliwość dawania z siebie innym. Te trzy rzeczy uważam za najważniejsze. Myślę, że zostawienie czegoś po sobie w siatkarskim świecie może się też przysłużyć. W międzyczasie robię tyle ile mogę, by pomagać przez media społecznościowe. Tak więc: pasja, cel…

 

I może bycie radosnym, bo sam zdajesz się być sporym optymistą?
– To też, choć może okazać się pułapką. Kiedy grałem w Brazylii zbyt dużą uwagę zwracałem na bycie radosnym i to pomagało drużynie, kiedy dobrze nam szło. Ale było mi też strasznie smutno momentami, określiłbym to może stanem depresyjnym, bo traciłem radość życia. Starałem się jednak myśleć, że skoro mam wybór między byciem smutnym, a uśmiechniętym, to czemu miałbym być smutny. Problem wynikał z tego, że nie mogłem być szczęśliwy, jeśli drużyna nie osiągała sukcesów. A co mogę zrobić poza siatkówką, żeby odczuwać szczęście? Cała podróż polegająca na rozwijaniu pasji i poczucia szczęścia nauczyła mnie, żeby skupiać się na swoim wnętrzu, nie wpływach zewnętrznych.

 

Zaczęliśmy od cytatu, więc może powinniśmy zakończyć w ten sam sposób. Jaki cytat mógłbyś zadedykować wszystkim swoim fanom i obserwatorom?
– Lubię hasło: Rób to z pasją albo nie rób tego wcale. Wiele razy jestem w domu pytany, czy mógłbym coś zrobić, a ja wiem, że to niegrzeczne, ale odmawiam. Jeżeli to nie daje mi satysfakcji, to tego nie robię. Jeśli coś kończę, jak choćby trening czy spotkanie z fanami, to chcę to robić z uśmiechem i naprawdę cieszyć się z tego momentu jak najbardziej się da. Teraźniejszość to jedyne co mamy, przeszłość to coś, co było teraźniejszością, a przyszłość, nieważne jak sobie ją wyobrażamy, może nie nadejść. Więc bycie obecnym tu i teraz, pełnym pasji i najszczęśliwszym jak się da – oto coś, czym chcę się w życiu kierować, bez znaczenia, co robię.

 

ENGLISH VERSION

 

Rozmawiała Małgorzata Kilijanek
Fot.: M-volley

                       

 

(Nie ma ocen)
Loading...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *