Jakub Kochanowski dla M-volley: Jesteśmy grupą naprawdę silnych charakterów

Jakub Kochanowski, kapitan złotej drużyny juniorów, w wywiadzie dla M-volley po starciu z Belgami opowiedział o turnieju kwalifikacyjnym w Berlinie, kontrowersjach związanych z decyzją sędziego i podsumował swój pierwszy sezon w PlusLidze. Środkowy zdradził nam również, jak podoba mu się Olsztyn i co sądzi o… ekranizacji opowiadań o Wiedźminie.

Nie da się ukryć, że mecz z Belgami nie był dla was specjalnie wymagający. Jak to wyglądało z perspektywy boiska?
– Faktycznie nie było to trudne spotkanie. W zasadzie musieliśmy walczyć bardziej ze sobą niż z naszymi przeciwnikami. Kluczowe było zachowanie koncentracji i skupienie się na własnej grze, by nie popełniać zbyt wielu błędów. Od samego początku byliśmy lepsi od Belgów i udowodniliśmy to, pewnie wygrywając w trzech setach. Pierwsze zwycięstwo w tym turnieju można podsumować krótko – mecz bez historii.

Czy jest jakiś element, który w sposób szczególny pozwolił wam zdominować belgijskich siatkarzy?
– Na pewno dużo lepiej zagrywaliśmy, co znacznie ułatwiło nam grę. Belgowie nie zagrażali nam w tym elemencie, a sami zdecydowanie gorzej przyjmowali. Dzięki temu mogliśmy ustawić szczelny blok, a to sprawiło, że nasza skuteczność w ataku również była lepsza.

To kolejny turniej, który gracie w roli faworytów. Przyzwyczailiście się już do presji z tym związanej?
– Trudno jest się do tego przyzwyczaić, ale myślę, że grając na tych wszystkich imprezach, nauczyliśmy się już z tą presją walczyć. Uważam, że jako drużyna zmierzamy w dobrym kierunku i jesteśmy na najlepszej drodze do wygrania tego turnieju, a tym samym wywalczenia kwalifikacji na Mistrzostwa Świata.

Zdobycie awansu na wspomniany przez ciebie turniej traktujecie jako pierwszy sukces tego sezonu czy raczej spełnienie obowiązku?
– Zdecydowanie sukces. Drużyny, z którymi musimy walczyć o kwalifikację znacznie się zmieniły. Zarówno Łotysze, Niemcy jak i Belgowie nabrali doświadczenia i tak naprawdę nie wiemy, czego możemy się spodziewać po pozostałych dwóch spotkaniach. Natomiast mogę powiedzieć, że cel jest jeden – wywalczenie awansu na mistrzostwa świata. Jeśli nam się uda, z pewnością będzie to powód do radości.

Kiedy przygotowywaliście się do turnieju od strony taktycznej, który z przeciwników wydał wam się najgroźniejszy?
– Myślę, że Niemcy. Na razie rozpracowywaliśmy tylko drużynę z Belgii, bo zazwyczaj skupiamy się na najbliższym meczu. Wydaje mi się jednak, że to właśnie gospodarze mogą nam sprawić najwięcej kłopotów. Patrząc na historię spotkań z wszystkimi drużynami turnieju, to z niemieckimi siatkarzami gra nam się najtrudniej.

Jaka jest twoja rola jako kapitana tej reprezentacji? Musisz bardziej uspokajać kolegów czy dodatkowo ich motywować?
– Jesteśmy grupą naprawdę silnych charakterów i chłopakami nie za bardzo da się pokierować, bo każdy z nas jest indywidualnością. Mamy świadomość swoich możliwości, wiemy, po co wychodzimy na boisko i nikt z nas nie potrzebuje dodatkowej motywacji.

Wspomniany przez ciebie silny charakter widać było podczas dyskusji z sędzią, po otrzymaniu żółtej kartki przez Tomasza Fornala…
– Jeśli sędzia wyróżnia się w meczu i stara się być najważniejszą postacią w spotkaniu, to znaczy, że nie wykonuje dobrze swojej pracy. Dokładnie tak było w starciu z Belgami. Nie wiem, czy główny arbiter chciał zaistnieć, ale my go z pewnością zapamiętamy… Szkoda tylko, że negatywnie.

Przez zgrupowanie seniorskiej kadry zabrakło cię na dużej części przygotowań z drużyną juniorską. Odczuwasz brak zgrania z rozgrywającymi?
– Po rocznej przerwie od wspólnego grania zdecydowanie trudniej jest wejść znowu w pewne wypracowane wcześniej schematy. Każdy z nas rozwinął się siatkarsko i osobiście odczuwam pewne braki w zgraniu. Czas spędzony z seniorską reprezentacją z pewnością pomógł mi indywidualnie poprawić swoje umiejętności, jednak nie zadziałał na korzyść zgrania w kadrze juniorskiej. Myślę jednak, że to wszystko zmieni się na przełomie kilku następnych dni.

Ostatni rok spędziłeś w Olsztynie. To miła odmiana wyjechać ze spalskich lasów do miasta?
– Nie odczuwam większej różnicy, ponieważ nie ma dla mnie znaczenia to, czy mieszkam w mieście. Będąc sportowcem, w każdym miejscu muszę się skupiać na porządnym treningu i na tym, żeby się dobrze prowadzić. Ewentualnie na kawę mogę się wybrać do innego miejsca niż do Championu w spalskim hotelu (śmiech). Poza tym raczej nie mam czasu na korzystanie z uroków miasta.

Jak więc oceniasz Olsztyn?
– Bardzo lubię to miasto. Jest najlepszym miejscem do zamieszkania, z jakim się spotkałem. Niczego w Olsztynie nie brakuje, a jednocześnie jest na tyle mały, że można się wszędzie dostać bez najmniejszego problemu i w bardzo krótkim czasie. Jeśli ktoś chciałby kiedyś odwiedzić, naprawdę fajne miejsce, zapraszam.

Można powiedzieć, że pierwszy sezon w PlusLidze był dla ciebie również początkiem samodzielności?
– W zasadzie powiedziałbym, że okres spędzony w Spale był dla mnie swego rodzaju przerwą w już bardziej dorosłym życiu. Przed nauką w SMS-ie mieszkałem w internacie we wcześniej wspomnianym Olsztynie. Tam również wszystko było na mojej głowie, więc do samodzielności jestem przyzwyczajony i niespecjalnie mi to przeszkadza. Szybko się zaaklimatyzowałem w swoim nowym mieszkaniu, nie była to dla mnie jakaś trudność.

Czy jest jakiś z domowych obowiązków, z którym masz szczególny problem?
– Gotowanie zajmuje strasznie dużo czasu. To nie jest tak, że nie lubię tego robić, ale przy dwóch treningach dziennie czasami lepiej jest zjeść na mieście. Nie chodzę do żadnych fastfoodów, jadam raczej w barach mlecznych i bistrach. Oczywiście, śniadania i kolacje robię sobie sam, ale na gotowanie obiadów najczęściej nie starcza mi czasu.

Po pierwszym sezonie na plusligowych parkietach możesz powiedzieć, że Indykpol AZS Olsztyn był dobrym wyborem?
– Najlepszym. Jakbym mógł cofnąć czas, nie zmieniłbym swojej decyzji. Poszedłbym do tego samego klubu, trenowałbym dokładnie tak samo, bo uważam, że cały ten sezon był dla mnie naprawdę dobry. Osiągnęliśmy zadowalający wynik jako zespół i sam jestem w stanie ocenić, że indywidualnie również poczyniłem duży progres.

Jak duży wpływ na rozwój twoich umiejętności miała współpraca z tak doświadczonym środkowym, jakim jest Daniel Pliński?
– Bardzo dużo się od niego nauczyłem i cieszę się, że będę mógł z nim współpracować jeszcze przynajmniej rok. Jednym z powodów, dla których wybrałem drużynę z Olsztyna, była właśnie możliwość podpatrywania Daniela Plińskiego i bardzo się cieszę z naszej współpracy. Świetny z niego gość.

Wspomniałeś o tym, że osiągnęliście zadowalający wynik, ale tak naprawdę niewiele wam zabrakło do ligowej pierwszej czwórki. Nie czujesz niedosytu?
– Piąte miejsce jest jak najbardziej do zaakceptowania i możemy je uznać za swego rodzaju sukces. Gdyby ktoś nam przed sezonem powiedział, że właśnie na tej lokacie skończymy plusligowe rozgrywki, pewnie żaden z nas by się długo nie zastanawiał i wszyscy wzięliby to w ciemno. Półfinał był w naszym zasięgu i pozostał mały niedosyt, ale ogólnie jestem zadowolony z rezultatu naszej pracy.

Do ostatnich kolejek awans na czwartą lokatę mieliście w swoich rękach. To nie jest trochę tak, że nie wytrzymaliście psychicznie końcówki sezonu?
– Nie powiedziałbym, że wymiękliśmy. W PlusLidze tak już jest, że jednego dnia tracisz punkt z Espadonem Szczecin po to, żeby tydzień później wygrać z Jastrzębskim Węglem za trzy punkty. To jest sport, a jak wiadomo, siatkówka lubi niespodzianki. Jeżeli trafi się na dobrą dyspozycję którejś z drużyn z czołówki, bardzo trudno jest się przeciwstawić. W naszej lidze każdy może wygrać z każdym i to też na pewno nie ułatwia zajęcia wysokiej lokaty pod koniec sezonu. Uważam, że zrobiliśmy wszystko, żeby zagrać w półfinale. Ostatecznie przegraliśmy tę rywalizację z Jastrzębskim Węglem, ale taki już jest sport.

Na waszych instagramach można było zauważyć, że do Berlina przyjechaliście autokarem. Jak sobie radzicie z tak długimi podróżami?
– W zasadzie ta podróż nie była aż taka długa. Trwała siedem, może nawet trochę ponad sześć godzin…

Patrząc na wasz wzrost, to i tak całkiem sporo (śmiech).
– Jedziemy dużym autokarem, w którym każdy ma cztery miejsca, spokojnie możemy się rozłożyć i wszystkim jest wygodnie. Ja, jako olsztynianin, jestem przyzwyczajony do dużo dłuższych tras, bo większość klubów ma swoje siedziby na południu Polski. Podróż jak ta do Berlina na pewno nie rusza siatkarzy w tym kraju, bo jesteśmy przyzwyczajeni do sporych dystansów.

Cała wasza drużyna jest aktywna w mediach społecznościowych. To dla was sposób na utrzymanie kontaktu z kibicami czy raczej próba zabicia nudy?
– Nie mam pojęcia (śmiech). Naprawdę nigdy nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego prowadzę konto na instagramie. Na pewno dzięki tego typu portalom stajemy się bardziej rozpoznawalni, co działa na naszą korzyść. Gdybym był kibicem, cieszyłbym się z tego, że lubiany przeze mnie zawodnik pokazuje trochę swojego życia prywatnego. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś mnie wspiera na meczach, może sobie zobaczyć, co robię, kiedy nie odbijam piłki do siatkówki.

Jak już jesteśmy przy temacie kibiców, odczuwasz ich większe zainteresowanie? Możesz powiedzieć, że jesteś bardziej rozpoznawalny?
– Tak, szczególnie w Olsztynie. Niejednokrotnie zdarzało mi się być przez kogoś zatrzymanym i usłyszeć gratulacje za mecz, który graliśmy na przykład parę dni wcześniej. Na pewno jest to miłe, bo w większości kibice, którzy zaczepiają nas na ulicy, doceniają naszą pracę. Kiedy słyszy się tak miłe słowa, motywacja do dalszej pracy jest jeszcze większa.

Podobno czytałeś sagę o Wiedźminie…
– Faktycznie, czytałem te książki w Bułgarii na MEJ.

Słyszałeś, że powstanie serial Netflix na podstawie opowiadań Andrzeja Sapkowskiego?
– Tak, ten news pojawił się dwa czy trzy dni temu i bardzo mnie ucieszył. Mam tylko nadzieję, że twórcy ekranizacji uszanują uwagi autora Wiedźmina i nie zrobią z tego komercyjnego serialu, który nie ma nic wspólnego z sagą, bo… Byłoby naprawdę smutno. Na pewno obejrzę i ocenię, a jeśli mi się spodoba, może nawet później do niego wrócę.

Znalazłeś już jakąś inną serię, której czytaniem teraz się zajmujesz?
– Właśnie kończę trylogię „Millenium”, a na później jeszcze nie mam planów. Wspominałem kiedyś, że chcę zacząć czytać Tolkiena i chyba właśnie za to się zabiorę.

W Berlinie rozmawiała Magdalena Kwaśniok
Fot.: Małgorzata Kilijanek

M-volley.pl

(Nie ma ocen)
Loading...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *