Sharone Vernon-Evans dla M-volley: W grze drużynowej nie ma miejsca na przerośnięte ego

Sharone Vernon-Evans, atakujący warszawskiego zespołu i reprezentacji Kanady, po piątkowym meczu z katowickim GKS-em opowiedział nam o przebiegu spotkania, recepcie stołecznej drużyny na ostatnie sukcesy, koszykarskich ulubieńcach oraz zdradził nam, co myślał o Stephanie Antidze na początku ich znajomości.

Magdalena Kwaśniok, M-volley.pl: Za wami wyrównany mecz z GKS-em Katowice, po którym twojemu zespołowi udało się sięgnąć po zwycięstwo. Co pozwoliło wam wygrać z gospodarzami?
Sharone Vernon-Evans, ONICO Warszawa: Jesteśmy bardzo waleczną drużyną, która bez względu na presję wyniku, nie poddaje się łatwo. Na bieżąco w czasie spotkania staramy się poprawiać swoją grę i nie dopuszczamy do siebie myśli, że możemy przegrać. Jeśli coś nam się nie układa, jak dzisiaj w pierwszym secie, małymi krokami zdobywamy kolejne punkty i odbudowujemy się, z nadzieją, że pod koniec meczu odniesiemy zwycięstwo. Właśnie tak było w spotkaniu z miejscową drużyną.

Początek sezonu nie należał do najlepszych w waszym wykonaniu, jednak teraz znacznie poprawiliście nie tylko swoją grę, ale również wyniki. Dzięki czemu odnotowaliście taki progres?
Po pierwsze, i chyba najważniejsze, nasz trener jest naprawdę niesamowity. Jeśli chodzi o pracę samej drużyny, wreszcie można powiedzieć, że jesteśmy zgrani i rozumiemy się na boisku. Każdy z nas ciężko pracuje, w hali czy na siłowni, na osiąganie zadowalających nas wyników. Jeśli przegramy spotkanie, zadajemy sobie pytanie, co musimy zrobić, żeby w następnym zagrać na poziomie naszych możliwości. Wywieramy na siebie dużą, ale bardzo pozytywną presję – potrafimy sobie powiedzieć, kiedy i nad czym musimy więcej popracować. Na każdy mecz wychodzimy z jednym nastawieniem – wciąż chcemy wygrywać  i mocno wierzymy, że potrafimy to osiągnąć. Jak do tej pory takie podejście się sprawdza.

Przyjechałeś do Warszawy po świetnym sezonie reprezentacyjnym, a jednak w większości spotkań pełnisz rolę zmiennika. Trudno było się pogodzić z taką pozycją w drużynie?
Przyszło mi to z łatwością, bo kiedy podpisywałem kontrakt, wiedziałem, jaką będę pełnił funkcję w zespole. Faktycznie, na początku dziwnie było obserwować tak dużą część meczu z boku. Jeśli pojawiam się na boisku, oczywiście chcę na nim zostać jak najdłużej i grać jak najwięcej. Zawsze jednak mam w głowie tylko jedną myśl – zespół stawia się ponad swoje interesy. W grze drużynowej nie ma miejsca na przerośnięte ego. Skupiam się na tym, żeby pomóc drużynie, jakkolwiek mogę to zrobić.

Jakie to uczucie, kiedy mając zaledwie dziewiętnaście lat, już jest się częścią historycznego sukcesu, jakim był brązowy medal Ligi Światowej?
To naprawdę niesamowite i trudne do opisania. Miałem szczęście, że będąc w tym wieku, stałem się częścią przede wszystkim świetnego zespołu, który jest również całościowo bardzo młody. Wypracowaliśmy w drużynie prawdziwą chemię, do tego rozpoczęliśmy współpracę ze świetnym szkoleniowcem, przybyło nam fanów… Praca w takich warunkach jest cudownym doświadczeniem. Dojrzeliśmy, jako cały zespół, do tego, żeby sięgnąć po sukces. Poskładaliśmy wszystkie drobne elementy w jedną wielką całość i dzięki temu możemy aspirować do szerokiego grona najlepszych zespołów świata. Jestem szczęśliwy, że mogłem być częścią tego sukcesu, mając zaledwie dziewiętnaście lat, a wokół mnie jest wielu równie młodych sportowców, którymi mogę się inspirować.

Wielu kibiców i ekspertów porównuje cię, chociażby na podstawie warunków fizycznych, do już utytułowanych graczy. Trudno jest nie popaść w samozachwyt, kiedy słyszy się ogrom komplementów kierowanych pod swoim adresem?
Jeśli mam być szczery, nie przeszkadza mi porównywanie mojej gry czy wspomnianych warunków fizycznych do innych zawodników. Często są to ludzie, którzy mnie w dużym stopniu inspirują i na których poziomie chciałbym grać. Doceniam więc tego typu porównania, bo może to świadczy o tym, że mam potencjał i możliwości, by kiedyś być wystarczająco dobrym i wejść na ich poziom. Cieszy mnie sama myśl, że ludzie mogą myśleć o mnie w taki sposób – to niezwykle miłe.

Łatwiej się mierzyć z komplementami niż oczekiwaniami kibiców. Odczuwasz, że ciąży na was duża presja, związana np. z medalowymi aspiracjami?
Staram się nie zwracać uwagi na tego typu rzeczy. Po prostu wychodzę na boisko i próbuję grać najlepiej, jak umiem – dla siebie, drużyny i ludzi, którzy nas wspierają. Nie możemy się martwić o rezultat końcowy ligi; o to, czy zdobędziemy medal, a jeśli tak, to jakiego będzie koloru. Musimy się skupiać na każdym kolejnym meczu, wychodzić na boisko zawsze z tak samo bojowym nastawieniem, bo patrzenie w daleką przyszłość i robienie ogromnych planów nigdy nic nie daje.

W jednym z wywiadów wspomniałeś, że zanim Stephane Antiga został trenerem reprezentacji Kanady, nie miałeś pojęcia, ile osiągnął. Można więc powiedzieć, że nie masz obsesji na punkcie siatkówki jak twój kolega, Antoine Brizard?
O tak, pod tym względem zdecydowanie się różnimy (śmiech). Nie wiedziałem absolutnie nic o sztabie szkoleniowym, z którym mieliśmy współpracować w reprezentacji. Stephana Antigę poznałem we Francji, gdzie trenowałem ze swoją drużyną narodową, i przez naprawdę długi czas byłem pewny, że jest… Polakiem. Nagle usłyszałem, że mówi po francusku i wtedy już nie miałem pojęcia, co mam myśleć (śmiech). Wygooglowałem go więc i okazało się, że oprócz swojej trenerskiej kariery, był również francuskim siatkarzem! To było dla mnie spore zaskoczenie, ale w tamtym momencie nie za bardzo orientowałem się w siatkarskim środowisku i nie znałem zbyt wielu nazwisk. W każdym razie, jego życiorys zrobił na mnie duże wrażenie, później podszedł do mnie, zaczęliśmy rozmawiać… i w zasadzie dzięki temu jestem tu, gdzie jestem.

Podsumowując, daleko ci do tytułu siatkarskiego fana?
Trochę tak… ale jednocześnie nie do końca (śmiech). Potrafię wymienić parę zespołów, których gra jest dla mnie przyjemna do oglądania i z chęcią to robię, kiedy mam czas. Daleko mi jednak do Antoine, który ogląda każdą drużynę, każdą ligę i analizuje dosłownie wszystko, co się da (śmiech).

Jako że pochodzisz z Toronto, pewnie znacznie bliżej ci do koszykówki…
Oczywiście – to moja sportowa miłość i dyscyplina, z którą się wychowałem. Mój tata kiedyś w nią grał, NBA oglądam, odkąd pamiętam i sam próbowałem swoich sił w roli koszykarza. To naprawdę popularny sport w Kanadzie, znacznie popularniejszy niż siatkówka – włączasz telewizję i praktycznie cały czas możesz oglądać mecze, wywiady z zawodnikami, programy, w których eksperci wypowiadają się o minionych spotkaniach. Muszę jednak powiedzieć, że jeśli chodzi o popularyzację siatkówki, wydaje mi się, że coraz więcej ludzi w Kanadzie się nią interesuje.

Patrząc na twoje rodzine miasto, chyba nie muszę pytać, któremu zespołowi kibicujesz (śmiech).
Kocham Raptors. Naprawdę, to moja drużyna. Jeśli chodzi o inne zespoły, lubię również Golden State Warriors, bo tam gra jeden z moich idoli, Kevin Durant. Było wokół niego sporo kontrowersji, jednak uważam, że jako sportowiec miał prawo podjąć decyzję o zmianie klubu… A poza tym, naprawdę nie przepadam za Russellem Westbrookiem, więc akurat mnie transfer Duranta bardzo ucieszył.

W naszej rozmowie przewinęło się Toronto, które opuściłeś w dość młodym wieku. Nie bałeś się zmiany klubu, a co za tym idzie, wyjazdu do Polski?
Chyba bałem się mniej niż powinienem. Moja mama zawsze powtarzała, że spośród mojego rodzeństwa jestem tym, o którego martwiła się najmniej – byłem i jestem raczej dojrzały i przede wszystkim niezależny. Potrafiłem sobie radzić sam w różnych sytuacjach, więc nie martwiłem się o to, jak sprostam nowym wyzwaniom. Bardziej zastanawiałem się nad tym, jak poradzę sobie z tęsknotą za domem i rodziną. Przez to zacząłem się zastanawiać, czy chcę wyjechać i tak drastycznie zmienić otoczenie, ale kiedy wszedłem na pokład samolotu, wydało mi się to całkowicie naturalne – pomyślałem sobie, że gra w Polsce jest właśnie tym, co chcę robić.


Wspomniałeś, że wcześniej trenowałeś również koszykówkę. Z perspektywy czasu myślisz, że siatkówka była najlepszym możliwym wyborem?
Zdecydowanie tak. Nigdy nie przyszło mi na myśl, żeby żałować podjętej przeze mnie decyzji. Nie powinno się oglądać wstecz i zastanawiać nad tym, co można było zrobić inaczej – to bez sensu. Miałem duże szczęście; dostałem szansę, za którą jestem ogromnie wdzięczny i cieszę się, że znalazłem się w miejscu, w którym jestem. Również dzięki temu wierzę, że robię dokładnie to, do czego jestem przeznaczony i spełniam się w mojej roli w stu procentach.

Rozmawiała Magdalena Kwaśniok
Fot.: M-volley.pl


 

 

(1 ocen, ogólnie: 5,00 z 5)
Loading...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *