Tomasz Fornal dla M-volley: Od siatkówki jestem uzależniony

Tomasz Fornal, dziewiętnastoletni przyjmujący reprezentacji Polski juniorów, w wywiadzie dla M-volley opowiada o pierwszym spotkaniu turnieju kwalifikacyjnego do MŚ w Berlinie, awansie do mistrzostw świata, sezonie pod okiem Roberta Prygla oraz pasji, którą jest siatkówka i współpracy z Dustinem Wattenem.

Małgorzata Kilijanek, M-volley: Mecz otwarcia turnieju kwalifikacyjnego MŚ z Belgami za wami, wygraliście go 3:0. Co według ciebie zaważyło na tak szybkim zwycięstwie?
Tomasz Fornal, przyjmujący reprezntacji Polski juniorów: Graliśmy dobrze, zdominowaliśmy przeciwników w każdej partii, do 19 i do 21. Wygraliśmy w trzech setach w pełni zasłużenie. Zawsze pierwsze mecze na turniejach sprawiają nam trudności, na mistrzostwach Europy juniorów z Francją przegrywaliśmy już 2:0…

…dlatego spodziewałam się w meczu otwierającym turniej pięciu setów.
– Na szczęście obyło się bez tie-breaku i bardzo cieszymy się z faktu zwyciężenia w trzech odsłonach. Zostały nam jeszcze do rozegrania mecze z reprezentacją Łotwy i Niemiec, a nie ukrywam, że chcielibyśmy wygrać również 3:0 i awansować do mistrzostw świata bez przegranego seta. Gdybyśmy się nie zakwalifikowali, byłaby masakra. Taka jest prawda, trzeba to powiedzieć: musimy wygrać. Chyba nikt nie przyjmuje innej wersji do wiadomości.

W pierwszym secie pojawił się na twojej twarzy grymas bólu, jednak kontynuowałeś grę. Co się stało?
– Poczułem mocne spięcie w łopatce. Nie wiem co się stało, ale wydaje mi się, że podczas próby wyskoku do bloku za szybko szarpnąłem ręką. Wciąż lekko mnie pobolewa, więc na pewno czeka mnie wieczorna wizyta u fizjoterapeuty, bym w kolejnych spotkaniach był w pełni zdolny do gry.

Dostałeś także żółtą kartkę. Możesz powiedzieć, co było tego przyczyną?
– Niesiona w bloku… Można sprawdzić w internecie czy coś takiego istnieje w przepisach, ale mi wydaje się, że nie. Sędzia upominał nas już któryś raz, więc miał prawo tę kartkę dać. Na temat sędziów wypowiadał się nie będę, bo nie powinno się tego robić, ale nie słyszałem nigdy o niesionej w bloku.

Czy podczas przygotowań do rozgrywek kwalifikacyjnych, któraś z drużyn przeciwnych: Niemcy, Łotwa, Belgia, uznana była przez was za najgroźniejszego przeciwnika?
– Raczej nie. Podejrzewamy, że Łotwa będzie najsłabszym rywalem, z jakim będziemy musieli się zmierzyć. Jednak to siatkówka, wyników nie da się przewidzieć. Belgowie teoretycznie powinni być trudnymi przeciwnikami, bo seniorskie rozgrywki w tym kraju plasują się na wysokim poziomie, jednak poradziliśmy sobie z nimi bez problemu. Przygotowania do turnieju nie polegały na oglądaniu nagrań meczów konkretnej drużyny – największy nacisk kładliśmy na przygotowanie fizyczne, by poradzić sobie ze wszystkimi przeciwnikami.

Trybuny w Sportforum świeciły pustkami w czasie pierwszego spotkania…
– Rok temu graliśmy eliminacje do mistrzostw Europy juniorów, również w Niemczech, ale we Frankfurcie. Na trybunach było wtedy dużo ludzi, nie wiem czemu tutaj obecność kibiców nie dopisała. Może siatkówka w Berlinie, mimo bardzo dobrego berlińskiego klubu, nie jest szczególnie popularna. Podejrzewam, że podczas spotkania z zespołem z Niemiec trybuny się zapełnią, bo w końcu zespół gospodarzy będzie grał z mistrzami świata i na pewno zechce sobie coś udowodnić.

Podczas sezonu w Radomiu mogłeś przyzwyczaić się do niesamowitej atmosfery i gry przy pełnych trybunach. Czy odczuwałeś niedosyt dopingu w berlińskiej hali?
– Tak naprawdę, podczas gry nie zwraca się uwagi na to, co dzieje się poza boiskiem. Nie patrzy się na trybuny, nieważne czy siedzi tam rodzic, przyjaciel, dziewczyna. Po prostu grasz, skupiasz się całkowicie na tym, żeby jak najlepiej wykonywać swoje zadanie, a to czy jest więcej czy mniej ludzi wokół, schodzi na dalszy plan. Z pewnością czuć różnicę, kiedy w Radomiu dopingujący kibice zapełniają całą halę, a jest tak w szczególności w spotkaniach z PGE Skrą czy Asseco Resovią. Największe wrażenie dotyczące ilości i dopingu kibiców wywarł na mnie pierwszy mecz rozgrywany z Czarnymi Radom po pobycie w Spale. Teraz nie przywiązuję do tego uwagi.

Turniej w Berlinie sprostał waszym oczekiwaniom, nie straciliście ani jednego seta. Jak ocenisz te rozgrywki? Czy trybuny w spotkaniu z Niemcami były pełne, a w meczu z Łotwą nie było śladu po kontuzji? (pytanie zadane po zakończeniu berlińskiego turnieju)
– Trudno nazwać to kontuzją, raczej był to chwilowy uraz, który nie przeszkadzał mi w graniu. Było zdecydowanie najwięcej ludzi ze wszystkich tych meczów, które zagraliśmy, ale to chyba nic dziwnego, bo zazwyczaj tak jest jak gra się z gospodarzem. Zakładaliśmy sobie przed tym turniejem, że brak awansu na mistrzostwa świata byłby w naszym przypadku tragedią, więc cel był jasno postawiony i został osiągnięty.

Wspominając miniony sezon spędzony w Radomiu, będący twoim pierwszym w PlusLidze, możesz stwierdzić, że spełnił on twoje oczekiwania?
– Tak, był to pierwszy sezon w PlusLidzie, po trzech latach w Spale. Wydaje mi się, że spełnił moje oczekiwania w stu procentach. Choć może niedokładnie w stu, bo zawsze może być lepiej (śmiech). Jestem usatysfakcjonowany, trener jest ze mnie zadowolony, a to jest najważniejsze. Mam nadzieję, że przyszły sezon, który zacznie się za dwa, trzy miesiące, będzie taki sam albo lepszy.

Pytania o twój progres podczas gry w PlusLidze najlepiej byłoby zadać trenerowi…
– W każdym wywiadzie podkreślam, że nie lubię mówić o swojej grze i niestety ciężko mi jest ją ocenić, ponieważ jestem wobec siebie bardzo surowy. Najlepiej byłoby się skontaktować z Robertem Pryglem, by ocenił mój sezon (śmiech). Z rozmów, które prowadziliśmy po zakończeniu sezonu, wynikało, iż jest ze mnie zadowolony i cieszy się z postawy, którą prezentowałem na boisku.

Na początku sezonu wspominałeś, że w Radomiu funkcjonujesz zupełnie inaczej niż w Spale, musiałeś się nieco bardziej usamodzielnić. Jak z perspektywy czasu oceniasz to doświadczenie?
– W Spale uczyliśmy się samodzielności, ponieważ byliśmy z dala od rodziny, przyjaciół, kolegów, ale w Radomiu czekało mnie więcej wyrzeczeń, bo mieszkałem sam. Na treningach czekali na mnie koledzy z boiska, z którymi mogłem porozmawiać, potem wracałem do mieszkania, żeby coś zjeść albo umawialiśmy się z chłopakami na mieście. Gra w Radomiu równoznaczna jest z większą samodzielnością i szkołą życia, a w wieku dwudziestu lat należy już radzić sobie samemu, uprać, ugotować, posprzątać. Niestety jestem z dala od rodziny, poza domem, ale chyba to lubię. Może nie fakt bycia z dala od rodziny, bo gdybym mógł, to chciałbym się z nią codziennie widywać. Wydaje mi się jednak, iż przyzwyczaiłem się do tego trybu, do radzenia sobie samemu.

Jak wykorzystywałeś swój wolny czas w trakcie sezonu?
– Wydaje mi się, że wielu sportowców, jeśli nie wszyscy, większość czasu wolnego spędza w domu zamiast wyjścia gdzieś, bo intensywne treningi są męczące i organizm potrzebuje odpoczynku. Bardzo ważny jest czas na regenerację, na przespanie kilku godzin między treningami.

Czy jest przez to trudniej o znajomości poza boiskiem?
– Na pewno jest nam trudniej niż ludziom, którzy studiują. Na studiach łatwiej zawiera się znajomości. Nie przeszkadza nam to jednak spędzić wolnej chwili w kawiarni z przyjaciółmi, nie jesteśmy robotami, mamy potrzebę spotkania i rozmowy z kimś spoza siatkarskiego świata. Takie jest życie.

Podobno studiujesz Bezpieczeństwo i Higienę Pracy. Skąd pomysł na taki kierunek?
– Trener Prygiel mnie namówił, polecił mi uczelnię w Radomiu, ponieważ skończył na niej ten sam kierunek. Zajęcia prowadzą tam wyrozumiali wykładowcy, którzy mają świadomość tego, że gram w PlusLidze i nie posiadam tyle czasu wolnego, ile inni studenci. Pozwalają mi czasem przełożyć pewne egzaminy, zdać je w późniejszych terminach, z czego bardzo się cieszę i dziękuję im za to. Wiedzą, jak wygląda moja praca i jednocześnie pasja.

Praca i pasja… Dustin Watten wspominał w wywiadzie, którego mi udzielił, że pasja powinna być powodem, dla którego żyjemy. Czy udało mu się zarazić was takim podejściem?
– Próbował nas zarazić weganizmem, ale mu się nie udało (śmiech). Czymś niesamowitym jest wykonywanie pracy, którą się kocha. Możliwość zarabiania pieniędzy w sposób, który sprawia przyjemność jest wspaniała. Kiedy jadę na trening to nie myślę: nie chce mi się trenować, ale za to: super, mogę wstać rano i zmęczyć się podczas trenowania ulubionej dyscypliny. Gdyby teraz coś się stało, odpukać, to nie wyobrażam sobie, co innego mógłbym robić w życiu, bo od siatkówki jestem uzależniony. Gdy mam wolne dwa lub trzy dni, zastanawiam się tylko, co mógłbym poćwiczyć, a powinienem wtedy odpoczywać. Nie po to trener daje nam wolne, żebyśmy biegali na siłownię.

Czasem bywa tak, że siatkarze lubią grać, ale niekoniecznie są zainteresowani oglądaniem siatkówki, bo męczy ich to i odczuwają przesyt. Jakie jest twoje podejście do tej kwestii?
– Nie jestem zagorzałym kibicem światowych lig siatkarskich, ale lubię pooglądać mecze topowych drużyn ligi włoskiej i polskiej. Jeśli mam możliwość zobaczenia takiego spotkania, chętnie to czynię, mając nadzieję, że ujrzę jednych z najlepszych zawodników na świecie…

…na przykład Earvina N’gapetha?
– N’gapetha, Juantorenę. Można się wiele nauczyć dzięki oglądaniu ich gry, obserwacji zachowań na boisku. Oglądam mecze, ale bez przesady, na pewno nie dwadzieścia cztery godziny na dobę (śmiech).

Jeśli chodzi o ligę włoską, masz może drużynę, której występy lubisz szczególnie śledzić?
– Mogę stwierdzić, że to Modena, gdyż podoba mi się styl i pewność siebie na boisku N’gapetha, ale ulubionej drużyny nie posiadam.

Czy siatkówka jest twoją pasją jedyną i największą, czy największą, ale nie jedyną?
– Raczej największą i jedyną. Nie najłatwiej to określić. W wolnym czasie oglądam telewizję…

…i grasz na PlayStation, jak wielu kolegów?
– Nie, raczej nie na PlayStation. Nie lubię grać na padzie, bo strasznie mnie denerwuje, nie potrafię sterować jego gałkami. Wolę grać na komputerze, jest to dużo łatwiejsze, preferuję raczej klawiaturę i myszkę. Mam świadomość tego, że jest to pochłaniacz czasu, dlatego staram nie przesadzać z telewizją, graniem na komputerze…

A czytasz książki?
– Można powiedzieć, że czasami czytam.

Możesz coś polecić?
– Pinokio (śmiech). Nie ukrywam, że nie pochłaniam masy książek, nie jest to moje hobby. Od czasu do czasu coś przeczytam, ale nie spędzam nad książkami tyle czasu, ile moi koledzy, na przykład Kuba Kochanowski. Wolę odpocząć, przespać się.

W siatkówce, jak i w wielu innych dyscyplinach sportowych, poza przygotowaniem fizycznym mentalność odgrywa bardzo ważną rolę. Czy uważasz, że odpowiednie nastawienie psychicznie to recepta na sukces?
– W jakimś stopniu na pewno. Przed meczem trzeba się dobrze przygotować, zmotywować, zjeść odpowiedni posiłek, być wyspanym… Każdy z nas ma jakieś meczowe rytuały.

Czy masz rytuały meczowe podobne do Dustina, jak chociażby dotknięcie parkietu przed wejściem na boisko?
– Tego typu rytuałów nie mam (śmiech). Dustin to bardzo sympatyczny człowiek, spędziłem z nim rok czasu i nie powiem na jego temat złego słowa. Jest miły i pomocny, zgodnie zresztą z amerykańską mentalnością. Bardzo się cieszę, że mam w drużynie kolegę, który emanuje pozytywną energią.

Na berlińskim boisku również emanowaliście energią, wzajemnie się dopingując. Czy to twoja pierwsza wizyta w Berlinie?
– Tak, nie miałem wcześniej okazji na odwiedziny Berlina. Częściej bywałem we Frankfurcie, bo zwykle latamy przez Frankfurt, który posiada jedno z największych lotnisk na świecie. Przejeżdżałem przez Berlin, ale nigdy nie zatrzymałem się w nim po to, by pozwiedzać.

Z reprezentacją też nie mieliście okazji na zwiedzanie?
– Nie, ale bardzo się z tego cieszę, bo preferuję poświęcenie wolnego czasu na odpoczynek. To naprawdę ważne. Niby szybki i łatwy mecz za nami, ale czuję się zmęczony i chciałbym wkrótce znaleźć się w pokoju, położyć, zadzwonić do taty, pogadać chwilę o meczu. W kolejnych dniach pewnie wyjdziemy na kawę z chłopakami, ale zwiedzać raczej nie zamierzamy. Tak ambitnych planów nie mamy.

Będzie kawa, a czy w planie pojawi się curry wurst? W końcu do diety bezmięsnej się nie przekonałeś (śmiech).
– To prawda, ale curry wurst chyba nie będzie (śmiech). Ewentualnie udamy się na taki posiłek po ostatnim meczu, zobaczymy.

W drodze do berlińskiej hali miałam okazję widzieć jak grupa Niemców tańczyła do piosenek… Zenka Martyniuka. Wiem, że jego twórczość towarzyszyła wam w Czarnych Radom. W sezonie plusligowym disco, a jakie dźwięki królują w szatni juniorów?
– Obecnie żadne, bo zapomnieliśmy głośnika (śmiech). Staramy się słuchać utworów, które bardziej pobudzają niż usypiają, disco polo na pewno się do tego grona zalicza. Na boisko musimy wychodzić zmotywowani.

W Berlinie rozmawiała Małgorzata Kilijanek
Fot.: Małgorzata Kilijanek

(Nie ma ocen)
Loading...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *